Telefon dzwonił już od jakiegoś czasu, ale ja bałem się odebrać. To wszystko
moja wina. Gdyby nie ja… Zaczęły napływać wspomnienia.
Urodziłem się w niewielkim, amerykańskim miasteczku. Mieszkałem na
przedmieściach. Wszyscy się tam znali. Ja i moja rodzina mieszkaliśmy w
jednym z wielu domków jednorodzinnych. Nasz dom był jednym z większych.
Mieszkaliśmy tam: ja, mama, tata, dziadek, Toby, Sam, Jennifer, Mary, Tom i
Sue. Ja byłem najmłodszy z całej naszej gromadki. Duża liczba rodzeństwa to
pech. Pech? Starsi mają zawsze rację, są silniejsi, mają ważniejsze sprawy
niż młodsze rodzeństwo.
- No dalej Bill! Pierwszy dzień w szkole to nic strasznego - mama próbowała
mnie uspokoić. Zawsze należałem do tych co wolą nie zwracać na siebie uwagi
innych, wstydliwych lub jak to określił Toby:
- Tchórz!
- Cicho bądź. Dobra Bill, idziemy. Nie chcę się przez ciebie spóźnić do
szkoły - Jennifer była bardziej “wyrozumiała”.
Mama porozwoziła nas po kolei do szkół. Najstarsi czyli Toby, Sam i Jennifer
chodzili już do liceum. Następni w kolejce byli Mary, Tom i Sue. Ja po raz
pierwszy wogóle szedłem do szkoły. Ni to przedszkole, ni podstawówka. Byłem
w zerówce. Od pierwszego dnia nienawidziłem tego miejsca. Nie dlatego, że
budynek gdzie znajdowała się zerówka był wielki i taki bezosobowy. Nie
dlatego, że nigdy nie mogłem zapamiętać gdzie jest moja klasa. Nie dlatego,
że dawali obrzydliwe jedzenie, zazwyczaj brokuły, których niecierpiałem. Nie
dlatego, że woźna była okropnym babsztylem. Nie. Ja tego miejsca
nienawidziłem dlatego, że uczyło się tam rodzeństwo Brown. Fred i Melania
byli wspaniali kiedy w pobliżu byli nauczyciele. Maski zdejmowali gdy
znajdowali się w pobliżu swoich “ofiar”. Tak. Jedną z tych ofiar byłem ja.
Dlaczego? Może dlatego, że byłem najniższy, nieśmiały, cichy i miałem
okulary? Może… A najgorsze były piątki. Mama nie mogła po mnie przyjeżdżać
od razu po skończeniu lekcji. Musiałem czekać pół godziny. W ciągu 30 minut
może się dużo zdarzyć. Dobrze o tym wiedziałem.
- Okularnik!
- Strachajło!
- Idiota!
- Skrzat!
- Kurdupel!
- Niemowa!
A pomiędzy każdym przezwiskiem było popychanie. A co ja miałem zrobić?
Postawić się? Tak, oczywiście… Byłem na to za dużym tchórzem. Jednak
pewnego piątku stało się coś nowego. Fred był właśnie przy momencie kiedy
miał znowu rzucić we mnie jakimś przezwiskiem:
- Ty…
I umilkł. Za to ja usłyszałem za swoimi plecami głos:
- Hej! Bi! Czy coś się stało? - tylko jedna osoba mówiła na mnie “Bi”. Mój
najstarszy brat Toby.
- Wszystko wporządku? - usłyszałem głos Sama.
- Napewno jest wszystko dobrze? - a to z kolei Jennifer.
- Postanowiliśmy wyręczyć mamę - Mary również z nimi była.
- Taka ładna pogoda, że…- zaczął Tom.
- …fajnie byłoby wrócić do domu razem - dokończyła Sue. Ta dwójka zawsze
się uzupełniała. Byli bliźniakami i zawsze jedno wiedziało co myśli to
drugie.
- Właśnie. Wrócić razem jak przystało na rodzeństwo - znowu odezwała się
Jennifer.
- To twoi przyjaciele? - spytała Mary
Nic nie powiedziałem. Za to dwójka łobuzów zaczęła kiwać głowami, że “tak”.
- A mi się wydaję, że oni kręcą - stwierdził Sam.
- Masz rację Sami - powiedział Toby do brata, a potem do Freda i Melanii -
Bo widzicie…My bardzo kochamy naszego brata i nikomu nie pozwolimy go
skrzywdzić. Nikomu.
Małe rodzeństwo było przestraszone. Nie tylko dlatego, że poznali wszystkie
moje starsze siostry i braci. Również dlatego, że chłopak, który dopiero co
z nimi rozmawiał był kapitanem szkolnej drużyny rugby.
- No to jak? Idziemy? - odezwał się Tom, a Mary wzięła mnie za rękę i
powiedziała:
- Oczywiście, że idziemy.
Od tego dnia pokochałem zerówkę. Zrozumiałem również, że liczne rodzeństwo
to nie tylko pech ale i duże szczęście.
I tak było przez wiele lat. Często pokazywali, że nie dadzą skrzywdzić
swojego braciszka. Ten braciszek jest już jednak duży. Okazało się, że jest
bardzo zdolny i dostał stypendium na Oxfordzie. Miał mieć, znowu, swój
pierwszy dzień w nowej szkole. Cała rodzina postanowiła, że będzie tego dnia
razem z nim. Postanowili lecieć samolotem. Na pokład wsiedli wszycy, oprócz
dziadka, który zmarł 2 lata temu. Nie dolecieli. Samolot miał wypadek. Kilka
osób zginęło, ale nie wiadomo jeszcze kto. Gdyby nie ja nie musieliby
nigdzie lecieć. To moja wina…
Znowu zadzwonił telefon. A jeśli to ze szpitala? A jeśli oni… Muszę
odebrać. Bill nie możesz być tchórzem.
- Słucham?
- Pan Bill Williams?
- Tak.
- Dzwonię ze szpitala
Great Ormond Street.
- Tak.
- Chciałabym panu powiedzieć, że pańska rodzina jest, poza kilkoma
zadrapaniami, cała i zdrowa. Tylko Thomas i Susanne Williams mają kilka
złamanych kości, ale to nic poważnego.
-…
- Jest tam pan?
- Tak. Dziękuję.
Odłożyłem słuchawkę i poczułem, że po moich policzkach płyną łzy.